USA – opinia Joanny

Po łącznie ponad 12 godzinach lotu przerwanych pięciogodzinnym oczekiwaniem na opóźniony samolot z Chicago – wylądowałam. Pittsburgh. Drugie pod względem wielkości miasto w Pensylwanii. Bardziej town niż city. Siedziba drużyn: hokejowej Pittsburgh Penguins, bejsbolowej Pittsburgh Pirates i futbolowej Pittsburgh Steelers – dumy miasta otaczanej niebywałą wręcz czcią przez najbardziej zagorzałych kibiców, czyli na moje, niewprawne, oko – około 80 % populacji.
Jednym z największych pracodawców w Pittsburghu jest University of Pittsburgh Medical Center (UPMC), które śmiało można nazwać przedsiębiorstwem. Skupia 20 szpitali, około 400 przychodni i gabinetów lekarskich i od lat jest uznawane za jedno z najlepszych centrów medycznych w całych Stanach Zjednoczonych. Stanowi też bazę dydaktyczną dla studentów kierunków medycznych uczęszczających na Pittsburgh University. To właśnie towarzysząc farmaceutom klinicznym na oddziałach należących do UPMC Presbyterian Hospital i Shadyside Hospital spędziliśmy większość czasu. Dokładny zakres obowiązków farmaceuty klinicznego różni się w zależności od specyfiki oddziału, zawsze jednak jest on ważną częścią zespołu. Zwykle bierze udział w obchodzie, kontroluje (pod kątem wskazań, interakcji czy alergii) i zatwierdza przepisywane przez lekarza leki; ma dostęp do wszelkiej dokumentacji medycznej pacjenta, a w razie potrzeby, by dokładniej monitorować terapię, może zlecić dodatkowe badania laboratoryjne. W niektórych szpitalach pracują także zespoły, oparte na farmaceutach klinicznych i dietetykach, odpowiedzialne za żywienie pozajelitowe – uwzględniając stan konkretnego pacjenta, indywidualnie opracowują skład mieszkanki.
Oczywiście w każdym szpitalu działa też centralna apteka szpitalna. Ta, w której przyszło nam odbyć część praktyki zachwycała nowoczesnością. Leki są tam pakowane oddzielnie dla każdego pacjenta, opatrywane jego nazwiskiem i odpowiednim kodem kreskowym – takim samym, jaki pacjent ma na specjalnej, noszonej na nadgarstku opasce. Większość tej mozolnej pracy wykonuje specjalny robot. Zadaniem farmaceutów i techników jest ponowna weryfikacja zamówionych przez oddziały leków czy przygotowywanie preparatów podawanych dożylnie. Tak więc amerykańska apteka szpitalna, zupełnie inaczej niż większość polskich, nie jest tylko magazynem, skąd farmaceuta nie wiedząc nic o pacjentach, w których terapii mógłby uczestniczyć gdyby mu na to pozwolono, wysyła na oddziały kartony leków, nie mając pojęcia co się z nimi dzieje i komu są podawane. Apteka szpitalna jak i farmacja kliniczna, są ważnym ogniwem opieki nad pacjentem, umożliwiającym odpowiednie dobranie i monitorowanie terapii. Oczywiście nie wszystkie szpitale posiadają warte miliony dolarów roboty, jednak indywidualizacja terapii i idea farmacji klinicznej są w USA bardzo powszechne.
Również apteka otwarta wygląda inaczej niż w Polsce, choć w tym przypadku nie oznacza to, że lepiej. Rynek opanowany jest przez apteki sieciowe, wszystkie zorganizowane w ten sam sposób – na wzór supermarketu (są nawet samoobsługowe kasy). By dostać się do farmaceuty trzeba najpierw przedrzeć się przez gąszcz alejek z mało medycznym asortymentem – kosmetykami, środkami czystości (w tym szeroki wybór mopów), prasą, kartkami okolicznościowymi, pieczywem, nabiałem, słodyczami, itd. Po tej przeprawie wręcza się farmaceucie lub technikowi (którym często jest dorabiający sobie student farmacji – nawet pierwszego roku) receptę, o ile nie dotarła tam ona przed nami – recepty bowiem mogę spływać do aptek z gabinetu lekarskiego faxem, mailem bądź nawet drogą telefoniczną. Inną różnicą jest też to, że recepty zwykle ważne są przez rok. Ponadto nie ma wyraźnych ograniczeń co do długości terapii „przepisanej” na jednej recepcie, na jej podstawie pacjenci mógł dostać kilka tzw. „refills” – gdy skończy im się pierwsza transza leków zapisanych na recepcie, zamiast biec do lekarza po nową, przychodzą do apteki po „uzupełnienie”; np. tabletki antykoncepcyjne przepisywane są zwykle od razu na 12 miesięcy.
Również w aptece otwartej króluje zasada indywidualizacji terapii, stąd leki dla każdego pacjenta są przez farmaceutów odliczane (czasem ponad 200 tabletek) i pakowane indywidualnie w takie same pomarańczowe buteleczki, opatrzone nazwiskiem pacjenta i najważniejszymi informacjami dotyczącymi terapii. Dlatego też czas oczekiwania na realizację recepty to minimum 15 minut.
Plusem systemu kształcenia farmaceutów w Stanach jest obowiązek zdobywania praktyki już od pierwszego roku studiów. Stąd większość studentów pracuje (podkreślam pracuje, czyli dostaje za to pieniądze…) na stanowisku technika w aptekach otwartych czy szpitalnych. Dodatkowo studenci zobowiązani są tez do odbycia praktyk na poszczególnych oddziałach w szpitalach, by poszerzać swą wiedzę z zakresu farmacji klinicznej.
Farmacja to w USA nadal dość prestiżowy kierunek, niestety także ze względu na koszty studiów – rok akademicki to z reguły wydatek rzędu 20 000 dolarów; a studia trwają najczęściej 6 lat… Jednak zarobki farmaceutów, szczególnie w aptekach otwartych, należą do bardzo wysokich, więc studenci obciążeni kredytami maja nadzieje spłacić je w ciągu 3-5 lat od skończenia studiów.
Ten miesiąc praktyk pozwolił mi nie tylko zapoznać się z funkcjonowaniem farmacji w Stanach Zjednoczonych, ale także spojrzeć innym okiem na nasz zawód w Polsce; wyraźniej dostrzec to, co można poprawić, głównie dla dobra pacjentów, ale także nasze mocne strony, z których powinniśmy być dumni. Ja jestem.

Joanna

2011 USA 05 2011 USA 01 2011 USA 02 2011 USA 03 2011 USA 04